
rok 2008 wreszcie się kończy. na szczęście, bo wiadomo - zła karma. z małymi wyjątkami. na szczęscie każde wydarzenie miało swoją ścieżkę dźwiękową. rok zacząłem z genialnym Lust, Lust, Lust moich duńskich ulubieńców, którzy w maju zrobili mnie w chuja, odwołując koncert na dzień przed. w sumie można uznać, że od tego przykrego incydentu zaczęło się pasmo moich niepowodzeń, na każdej możliwej płaszczyźnie. wracając do pierwszych miesięcy mijającego roku, to pamiętam zajawkę nową płytą The Kills. Później tańczyłem do MGMT aby w końcu pielęgnować doła przy Jeremym Jay'u. Potem przyszło lato i nie za bardzo pamiętam czego słuchałem. A nie, był off festival, po którym jeszcze bardziej pokochałem DAT Politics (którzy swoją drogą też zrobili mnie w chuja) i zakochałem się we wtórnych Singapore Sling. Kiedy spadły liście z drzew, na dobre utkwiłem w ścianach dźwięku. Gdzieś po drodze byli TV on The Radio, a wcześniej, nowy album Wolf Parade. Przekonałem się też do Lykke Li i Kings Of Leon. na dzień dzisiejszy wygląda na to, że rok zakończę z Końcem Kryzysu sympatycznych Pustek. na nowy rok życzę sobie końca kryzysu.
pamiętajcie, że życie jest złe.
xxx
pamiętajcie, że życie jest złe.
xxx

6 komentarzy:
pamiętamy!
chuj z tym wszystkim!
'na dobre utkwiłem w ścianach dźwięku'
zamurowany żywcem? ;]
latem słuchałeś ryśka riedla!
wlasnie ty glupi lunatyku!
Latem również, mój drogi, nieustannie nucone było "pokój na wschodzie i pokój na zachodzie" :)
Prześlij komentarz