było, minęło i muzyki się dużo słuchało.
sunset rubdown i swan lake
bo głos wspólnego mianownika obu grup zachwyca, męczy, wkurwia i dodaje otuchy.
animal collective - summertime clothes
niezawodny soundtrack codziennych podróży z mpk. będzie to pierwsza piosenka, jaką puszcze sobię, kiedy uda mi się skonstruować flickera.
phoenix - 1901 i lisztomania
spędzając areszt domowy z zapalonym uchem słuchałem sobie tych utworów i marząc o wolności, wierzyłem, że tak brzmi szczęście i radość w życiu.
ian brown - stellify
na początku liceum pytałem ludzi, jakiej muzyki słuchają. pewien kolega odpowiedział -nie wiem, ważne, żeby była ładna, skoczna i rytmiczna. od tego czasu unikam zadawania takich pytań.
atlas sound - sheila
drogi arturze rojku. jestem przekonany, że logos znajduję się w czołówce twojego podsumowania. Pozdrawiam.
the xx
sobie spacerować po starówce można z rękami w kieszeniach. po zmroku i ze szlugiem. w drodze na nocny na przykład.
little girls - youth tunes
"komiksy tak. komiksy, deskorolki. na to lecą dziewczyny."
neon indian - deabeat summer
jak bardzo trzeba być głupim, żeby mianować ich nowymi mgmt?
grizzly bear - two weeks
"wiadomo"
lotus plaza - what grows?
psychocukier
gliss - morning light
do jakiegoś neo shoegazu wypada się przyznać, nie?
charlotte gainsbourg + beck - heaven can wait plus raveonettes - last dance
całujmy się.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grizzly Bear. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grizzly Bear. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 11 stycznia 2010
2009
Etykiety:
2009,
animal collective,
atlas sound,
gliss,
Grizzly Bear,
ian brown,
litlle girls,
Lotus Plaza,
neon indian,
Phoenix,
spencer krug,
the xx
niedziela, 6 września 2009
lubię siedzieć w domu.

Ok, lato się skończyło. Było spokojniej niż rok temu (czytaj: dużo mniej piłem). Zaliczyłem openera i offa, z miażdżącym zwycięstwem tego drugiego. W moje urodziny zaśpiewał Jeremy Jay (co z tego, że rozczarował?), zgodnie ze swoją cichą obietnicą nie słuchałem już tak maniakalnie shoegeaze'u, na rzecz innych "smęciarzy". "Lubię ballady" - tak w skrócie można powiedzieć o najnowszym okresie mojej muzycznej edukacji. W zasadzie, to już się zaczęło jesienne cipienie. Zimne wiatry, ciemno w pokoju, pedalska muzyka i lektura. 100 % pretensjonalności - to hasło na najbliższy sezon. A odnośnie lata, to w warunkach stricte imprezowych, bo ciepły kraj, dziesięciodniowy turnus, alkohol na balkonie - duży progres. Zamiast electroclashu i remiksów innych remiksów, usta w winie maczaliśmy przy akompaniamencie Nico, Grizzly Bear i Davida Bowie'go. Klasa, szacun i porcys na wakacjach. To w założeniach miał być blog o muzyce, ale moja niekonsekwencja nie pozwala regularnie rozpisywać się o nutkach. Ok, spróbuję. Odkryłem bardzo przyjemny zespół, zapewne już szerzej znany - Lotus Plaza. Coś jak skrzyżowanie Animal Collective z Deerhunterem. Plus bardzo fajna okładka. To tyle. Acha, bardzo się cieszę, że nie pojechałem na orange fest. Siedzenie w domu rules!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
